Pojechaliśmy na Podlasie

Zachęceni artykułem redaktora Krzysztofa Majaka pojechaliśmy na Podlasie. Trafiliśmy, choć nie było łatwo, na pole namiotowe reklamowane przez redaktora. Zaopatrzeni w czajnik, zupki chińskie, kawę, herbatę postanowiliśmy spędzić darmowy weekend nad Zalewem Siemianówka. Pytaliśmy o drogę, ludzie bezradnie rozkładali ręce- podobno coś jest, ale to dopiero powstaje jeszcze nie gotowe, spróbujcie tam, może tego szukacie. Po godzinie dojechaliśmy.

Tu wszystko jest za darmo- usłyszał redaktor od mężczyzny. I rzeczywiście żadnych szlabanów, nikt nas nie zatrzymuje, niczego nie chce. Niczego też nie ma. Prądu też nie ma więc wracamy się do sklepu by zjeść jakąś kolację. Jemy, myjemy zęby pod kranami na powietrzu i spać. Wcześniej byliśmy w Drohiczynie, na Grabarce. Za Mielnikiem zatrzymała nas Straż Graniczna bo niby nielegalnie przekraczamy granicę.
- Jaką granicę?- pytamy.
- Ten pas ziemi. Powinien być zaorany, pogoda nie sprzyja, nie jest. Ok, jedźcie już.- uroczy strażnik po spisaniu dowodów puszcza nas wolno.


Idziemy spać. Niech przeklęty będzie człowiek który wymyślił karimaty. Jeśli jedziecie Państwo pod namiot, samochodem, weźcie materace. Wyśpicie się.


Rano, koło godziny siódmej budzą nas koparki. Komuś przed przyczepą campingową łomocze betoniarka. "Jeszcze nie gotowe". pamiętamy redaktorze. I rzeczywiście. Rozkładając namiot przy światłach samochodu nie widzieliśmy że jesteśmy na placu budowy. Sterty kostki, robotnicy, koparki. I ten cholerny brak prądu.
Uprzedzając fakty chciałbym poinformować że byliśmy już kiedyś na wakacjach i znamy nieco standard campingów na Mazurach. I tak. Chciałem zrobić zdjęcie sanitariatów "które niemal codziennie odwiedza ekipa sprzątająca" ale oszczędzę tego Państwu. Prysznice, krany z zimną, lodowatą, wodą w budynku z desek koło śmietnika. Nie wierzymy. Nikłym zasięgiem wracamy do artykułu redaktora Majaka. "Imponujące molo". to się zgadza. Reszta zupełnie nie. Bezradni rozmawiamy z ludźmi, którzy po artykule na natemat.pl zetknęli się z tym co my. Przyjechali wieczorem i szukają tego o czym pisał redaktor.


Myjemy zęby. I uciekamy. Do "podobnego miejsca", do Starego Dworu. I tam już są tablice że "Unia płaci" więc jest prąd, ciepła woda, normalne, sprzątane toalety. My też płacimy. Za prysznic, za namiot.


By oddać prawdę, na polu namiotowym w Rybakach był prąd miały go przyczepy WOPR-u. Ale nie był to prąd ogólnodostępny. Całe szczęście że na wyjazd wybrałem się z kumplem, gdybym pojechał z dziewczyną, naszym dzieckiem pobyt na Podlasiu wyglądałby inaczej.


Czy warto jechać w tamte strony? Jasne że tak!
Zrobiliśmy 400 km łapiąc jedynie białoruskie rozgłośnie, błądziliśmy po leśnych duktach co krok gubiąc się i odnajdując dzięki wspaniałym ludziom. Te lasy, drewniane cerkwie, tatarski meczet na końcu świata. Tam wszystko wygląda jak koniec świata! W pewnym momencie mieliśmy dość cerkwi , burzących nasz mazowiecki światopogląd. Kiedy kolejne cudo architektury drewnianej wyłaniało się to zza drzew, zza wsi- jechaliśmy dalej bogatsi o wiedzę że nawet piękno powszednieje. Bo tak, siedzimy w tej Warszawie, co chwila słysząc że tęcza znów płonie, murzyna pobili, Islam żeby zniknął (to z internetu), a Żydzi po ostatnich bojach niech też przepadną. I że my, konserwatywni, katoliccy, antysemici, a tu Podlasie na własne oczy.


Tylko do Augustowa nie dojechaliśmy, zostaliśmy na Podlasiu.
Trwa ładowanie komentarzy...