O autorze
Ostatnia notka biograficzna, pisana do Aktivista opierała się na postaci kota Andrzeja. Kot niestety uciekł, zostałem ja. Po latach spędzonych w Jazz Radio, po nocach w klubach ze słuchawkami na uszach (jakkolwiek niedorzecznie to brzmi) odnalazłem siebie jako samozwańczego badacza popkultury, kuchennego gitarzystę. Pisanie jest ok. Studiuję, pracuję.

Żadne wybory

Kiedy w niedziele połowa Polaków (ok, może trochę mniej, ale tak lepiej wygląda), wybierała swojego prezydenta, leczyłem kaca i zastanawiałem się co dalej. Nie gniłem teatralnie, wychodziłem z psem na spacery, trochę sprzątałem, gotowałem, nawet, mimo niedzieli (o Boże!) pracowałem. Ale istotne jest to leżenie bo kiedy tak leżałem to myślałem.

We wrześniu zeszłego roku wyniosłem się z Warszawy lądując, powody nie są tu ważne, ale dla zaspokojenia ciekawości, osobiste, w Bydgoszczy. I ten kac, pogoda, w kujawsko pomorskim wiejąca, zacinająca deszczem jakby ktoś w twarz pluł (ach, jak to idealnie brzmi w wyborczy dzień!), to wszystko prowokowało myśli.

32 lata, dziecko, nawet pies i jeszcze turbina w samochodzie do regeneracji, a ja ciągle w tej walce o byt, sensownej, ale nieprzewidywalnej. Bo przestało wystarczać że teraz jest dobrze, bo pojawiły się pytania co będzie za rok, pięć, rany, nawet za miesiąc. I jeśli do tego momentu mojej narracji ktoś traktował mnie poważnie, to uwaga...

Ok, studiowałem, pisałem do gazet, pracowałem w radio, zrobiłem kilka rzeczy wartych uwagi, ale jednak większą część życia spędziłem w knajpach. Grałem imprezy, czasem koncerty, jakiś czas stałem za barem. Tak zarabiałem na życie, tak spędzałem wolny czas. Na tej kulturalnej ziemi jałowej jaką jest Bydgoszcz, straszne miejsce, żyjące fasadą życia, ale może o tym kiedy indziej, zapragnąłem założyć własne miejsce, tutaj. DZIAŁALNOŚĆ GOSPODARCZĄ otworzyć zapragnąłem (choć kandydaci grzmieli z telewizora że nie powinienem, że to złe miejsce, ta Polska na takie fanaberie), właśnie tu, taka myśl nachodziła mnie w dzień wyborów. I mimo tego dnia, obietnic programowych, nijak nie uzależniłem swojego wyboru od pretendentów do tronu. Biurokracja, podatki, obietnice zmian, ich braku to nie były, dziś również nie są powody by mnie zatrzymać. Niezależnie od tego kogo połowa z Państwa wybrała nie sądzę (wiem nawet że nie sądzę) by to miało jakikolwiek wpływ na moją decyzję. Ponieważ chcę to zrobić i wiem że w tej swojej decyzji nie mogę liczyć na nikogo z jedenastki. Muszę pobiegać po urzędach, wziąć pożyczkę z banku i harować by się udało. Jeśli się nie uda, będzie to tylko moja wina. Prawdziwe życie, a nie fasada proponowana przez kandydatów, Ale przecież (!), jest jeszcze Kukiz, anty- systemowy który, jeśli by wygrał, teraz lub na jesieni, będzie musiał funkcjonować w ramach systemu. A teraz, uwaga, metafora. Jeśli zgubiłbym się w lesie, z grupą po mozolnych godzinach szarego marszu między drzewami to jednak nie chciałļym by rolę przywódcy przejął ten najbardziej wkurwiony, gotowy na kolejne godziny niepotrzebnego błądzenia między drzewami.

A ja widzę że tutaj, mimo wszystko, rzeczy idą w dobrym kierunku, ta Polska jest z każdym rokiem fajniejsza. Może tego nie widać, tak jak paznokcie nagle są za długie, ale wystarczy spojrzeć na zdjęcia z lat 90-tych i wtedy widać że to żyje, rusza się w dobrą stronę. I to co mnie, na co dzień, denerwuje to te małe sprawy, jak to że nie mogę w parkometrze zapłacić kartą, że zawsze muszę mieć kieszeń pełną drobnych, że nie mogę w letni, jak ten, dzień napić się piwa w parku. Że chociaż sprzątam po psie to i tak czujne oko straży miejskiej sprawia że każdy spacer z Lesterem aspiruje do miana zbrodni, bo nie deptać trawników, bo to pas zieleni, obszar zrewitalizowany. Powiedzą Państwo egoizm, pewnie tak, jakbyśmy przy wyborach kierowali się dobrem ogółu, jakby to nas w ogóle, kiedykolwiek obchodziło. Może to idealizm, mimo egoizmu, ale co do tego że trzeba pracować, wstawać rano, jakoś wiązać w całość to nasze życie wiemy wszyscy. I może te małe rzeczy, ich naprawa, sprawi by będzie nam łatwiej. A łatwiej to lepiej. Kiedy poczujemy że to wszystko jest dla nas, nastawione by nam, obywatelom sprawniej było iść przez życie. Bo nigdy, w życiu publicznym, nie czułem że jestem podmiotem. Że jakoś sobie radzę przez co nie jestem w targecie polityków. Nie jestem bezrobotny, nie mam kredytu, nie emigruję, rany, nawet bezdzietny nie jestem! Jedyne czego chcę to żyć najlepiej jak potrafię. I dzięki za rowery miejskie i muzea!

Przestałem czekać na swojego wymarzonego kandydata, który powie, "ej, będzie fajnie, normalnie, chciałbym żebyś się dobrze czuł" albo wizjonera który powie mi gdzie chciałby żebyśmy byli za dwadzieścia lat. Nie na zasadzie jest źle, rozpierdolmy to co mamy i zacznijmy od nowa, tylko kogoś kto powie gdzie to wszystko zmierza. Chcą pieniędzy z podatków, więcej i więcej, ok, tylko niech ktoś mi powie po co, co te pieniądze zrobią, zmienią Mamy pracować dłużej, choć kandydaci mówią że to, jak tylko wygrają, ukrócą, ok, krócej jest super, ale co wtedy? Niech w końcu ktoś będzie miał odwagę by powiedzieć jak jest! Może diagnoza wymaga odwagi i nikt z tych kandydatów teraz czy na jesieni nie będzie w stanie podać rozwiązania, ale fajnie by którykolwiek z pretendujących powiedział prawdę, zdiagnozował REALNY problem by potem chciał się z nią zmierzyć. Co się dzieje w tym kraju, czy ludzie poważnie myślą że wydłużenie wieku emerytalnego było jakimś niecnym planem polityków- sadystów by udupić nas tu i teraz, dla własnej satysfakcji. Tak jak z bankami, kiedy nagle okazuje się że to jednak korporacje nastawione na zysk, a nie programy zapomogowe które w pewnym momencie zdecydowały się nas oszukać, zabrać wszystko co mamy.

Piszę bo mam dość bycia traktowanym jakbym był idiotą, a obserwując to wszystko tak się czuję, jakby ktoś kpił ze mnie. Popełniłem w życiu wiele błędów, wiele jeszcze przede mną. Ale do cholery, to są moje błędy i w życiu swojej kiepskiej sytuacji nie będę uzależniał od jakiejkolwiek niedzieli. Kto wygra za dwa tygodnie zupełnie mnie nie obchodzi bo ten challenge dotyczy tylko tych dwóch panów, ich sztabów, partii, nie mnie. Farsa wieczoru wyborczego pokazała że żaden z Panów nie rozumie o co w tym wszystkim chodzi. Pewnie chciałbym wierzyć w dobre wróżki, które czuwają nade mną kiedy śpię i anioły pilnujące mnie co dzień. Ale nie widzę tych tworów w facecie który bardzo chce być prezydentem i tym drugim, który już chyba nie chce nim być Temu drugiemu tylko współczuję. Ale to za mało bym za dwa tygodnie poszedł głosować, mam ważniejsze sprawy na głowie. Dlatego też nie wyjdę na ulicę, jestem zajęty.
Trwa ładowanie komentarzy...